Od trzech dni mam serdecznie dosyć zimy. Dzisiaj, szczęśliwie, spoglądam przez okno na biały śnieg, popijam herbatę, z kubka, bo samowar to przecież spory kuchenny gadżet. I tak mi ciepło, słodko, fajnie, bo nie muszę marznąć, nie muszę się przekopywać przez śnieg (poniedziałek wystarczy za wszystkie dni, w końcu to sama przyjemność wracać piechotą do domu).
I przypomniał mi się Ryszard Kapuściński i jego "Imperium". Jego picie herbaty i wyglądanie przez okno, fakt - pociągu, kolei transsyberyjskiej, ale zawsze to okno. Trochę przerażający widok.
"Za oknem wszystko wydaje się zesztywniałe z zimna, nawet jodły, sosny i świerki wyglądają jak wielkie, skamieniałe sople, wystające ze śniegu ciemnozielone stalagmity.
Nieruchomość, nieruchomość tego pejzażu, jakby pociąg stał w miejscu, jakby był tej okolicy częścią - też nieruchomy.
I biel - wszędzie biel, oślepiająca, niezgłębiona, absolutna. Biel, która wciąga, a jeżeli ktoś da się jej uwieść, da się schwytać w pułapkę i pójdzie dalej, w głąb bieli - zginie. Biel niszczy wszystkich, którzy próbują zbliżyć się do niej, poznać jej tajemnicę."
(str. 34 - R. Kapuściński "Imperium", Biblioteka Gazety Wyborczej 2008 r.)
Biel jako śmierć, bezkresna, bez definicji. Patrzę na tę oślepiającą biel i robi mi się zimno, chociaż siedzę w ciepłym pokoju, spoglądam przez szczelnie zamknięte okno. Tylko herbata się kończy...Trzeba wstać, pójść do kuchni, zaparzyć. W rosyjskim klimacie. Russian cherry confiture. Herbatę rosyjską z wiśniową konfiturą, w torebkach, polską, Irivnga.
W końcu samowara nie posiadam.
